Relacja z Ogólnopolskiej Pielgrzymki Przewodniczek 2015r.

 Trzeba przyznać, że rok pracy zaczęłyśmy niestandardowo, w jeszcze mniej standardowym składzie. Gdzie? Na Ogólnopolskiej Pielgrzymce Przewodniczek! Od początku września nie mogłyśmy się doczekać i chociaż – niestety – nasza szefowa, Maja, nie mogła wędrować z nami, to zamiast tego towarzyszyły nam trzy wrocławskie i wrocławskookoliczne HRki. Ale nie tylko one! Do naszego pielgrzymkowego składu dołączyła jeszcze Amelka (która pewnie zostanie na dłużej ) i Kasia.

Nasze zadanie na pierwszy dzień nie było trudne. Za to… czasochłonne. Musiałyśmy się skompletować, co się udało dopiero chwilkę po 22.00. Nie wiem, jak przebiegała podróż całej reszty naszej ekipy, wiem za to, że nie zapomnę długo naszej (patrz: Amelii i mojej) dzikiej podróży z trzema przesiadkami, poznawania po drodze pracowników kolei, słuchania ich przeróżnych życiowych historii, czytania „Ludzi bezdomnych” na zmianę z notatkami z fizyki, wielkiej ulewy, która złapała nas w Kielcach, śpiewania z tej okazji deszczowych hitów (patrz: nieśmiertelne „Ześlij deszcz”/„To szczęśliwy dzień” :D ) i pakowania się ze stosunkowo dużymi, przemoczonymi – tak samo jak my – plecakami, do stosunkowo małego busa, z wielkim bananem na twarzy, tego ostatniego, który odjeżdżał tamtego dnia do Obic, którego udało nam się bez przeszkód złapać.

Prawie cała reszta naszej radosnej pielgrzymkowej ekipy wyruszyła z Wrocławia już rano (poza Anią, która docierała sukcesywnie tak jak my od popołudnia, i Kasią, która może i ruszyła rano, ale nie z Wrocławia, lecz z rodzinnych Kielc), więc miała okazję poznać się trochę bardziej na trasie (zarówno tej samochodowej, jak i późniejszej, bo piątkowa droga z Morawicy do Obic była do przejścia w ogniskach). Pomogła też trochę na pewno gra integracyjna – i choć w tym czasie byłyśmy z Amelią zapewne gdzieś na wysokości Częstochowy Stradom, gdzie łapałyśmy drugi pociąg, to słyszałyśmy, że było ciekawie. Wystarczy wspomnieć, że trzeba było z rysunku wywnioskować pozytywne cechy jego autora. A że rysunki czasami wychodziły baaaardzo twórcze, to nietrudno było o częstą na pielgrzymce głupawkę. Co poza tym? Wiemy też, że była uroczysta msza rozpoczynająca pielgrzymowanie – chociaż trochę uboga w ludzi. Pierogi na obiad – tak nieszablonowo… to tygryski lubią… No i pierwsza ogniskowa godzina światła. Na dobry koniec dnia dziewczyny brały udział jeszcze w drodze krzyżowej. Na nią niestety też nie zdążyłyśmy (Ania już dotarła, Amelka i ja łapałyśmy ostatni pociąg), więc dla nas pierwszym punktem pielgrzymki było (poza krótką, wieczorną rozmową przy herbatce zebranego – w końcu! – ogniska oraz przywitaniem się ze wszystkimi możliwymi znajomymi) położenie się spać.

Następny dzień zaczęłyśmy jutrznią. Potem klasycznie, śniadanie (pozdrawiam wbijanie do pokrywki od kociołka 20 jajek – nie zrobicie tego w domu :D ), sprzątanie i wyjście na trasę – tym razem już całą kolumną. Co czekało nas tego dnia? Między innymi forum HR-ek, w czasie którego Dorota Herdzik opowiadała o zobowiązaniu przewodniczki – Fiat, Dominika Wawrzyniak podjęła się nauczenia zebranych „Jak nie przeładować kalendarza?”, a Ania Chałupa udowadniała (z pomocą swoich słuchaczy) tezę o słuszności pracy w dwóch oddzielnych nurtach. Ja na tę właśnie konferencję trafiłam. I to był dobry wybór :P Dlaczego? Bo załapałam się na pakiet 2 w 1 :D – poza uczestnictwem we własnej konferencji mogłam na drugim kanale (znajdującym się 30 m dalej) posłuchać fragmentów o organizowaniu czasu .

Na następnym postoju (który był podejrzanie wcześnie) miałyśmy czas na godzinę światła i ugotowanie obiadu. Tym razem na ruszt poszedł chłopski garnek, przygotowany w dobrym stylu, na ogniu. Na spotkanie ze Słowem też znalazłyśmy bardzo ładne miejsce. Stwierdziłam, że bardzo podoba mi się pomysł dzielenia się Nim. Apel ewangeliczny prowadzi cię za rękę, krok po kroku, do pewnych konkretnych wniosków. W czasie godziny światła Słowo musi poprowadzić cię samo, a każdego prowadzi inaczej. To było bardzo pozytywne doświadczenie.

Po obiedzie czekał nas już ostatni odcinek trasy do Piotrkowic. Przebyłyśmy go w towarzystwie różu, który był właściwie fuksją, ale na włosach nabierał wyjątkowo buntowniczego wyrazu. Do sanktuarium dotarłyśmy śpiewająco, w podwójnym tego słowa znaczeniu. Przed Mszą Świętą miałyśmy jeszcze chwilę czasu dla siebie. „Po co odpoczywać” – pomyślało sobie OMP – „skoro można urządzić sesję zdjęciową ze św. Hildegardą?”. Tym bardziej, że okazało się, iż nie tylko my byłyśmy nią zainteresowane. Na najludniejszym zdjęciu zebrało się aż 9 osób, z czego z naszego ogniska tylko 4.

Po czym poznać, że jesteśmy zdolne? Otóż, mili państwo, po zakwaterowaniu się w szkole trafiłyśmy prosto do monopolowego… Celem był sklep spożywczy. Ale o tym, że to raczej nie ten, zorientowałyśmy się już po wejściu do środka. Cóż. Udało nam się pośród przeróżnych trunków odszukać wodę, wciśniętą w najciemniejszy kąt na dolnej półce, i jak najszybciej wycofałyśmy się z tego placu boju…

W Obicach nie można było palić ognisk. Natomiast w Piotrkowicach na boisku szkolnym zapłonęły dwie piękne studnie, które oświetlały nam wieczór ekspresji. Miałyśmy okazję zobaczyć najnowsze interpretacje teatralne przypowieści. Konkurs na najlepszą wygrała… najlepsza Ognisko św. Rity z Krakowa zaserwowało nam historię o synu marnotrawnym, podaną tuż po przystawce z chińskich cieni, okraszoną fragmentami ze starego testamentu. Scenka była na wysokim poziomie – to trzeba przyznać.

A na dobry koniec soboty trafiłyśmy z powrotem do piotrkowickiego kościoła na wieczorną adorację. No… jeszcze nie na koniec. Czekała nas jeszcze wersja demo kawiarenki. Stałyśmy po gorącą wodę do herbaty w kolejce, która podejrzanie wcale się nie przesuwała, a później po prostu sobie byłyśmy razem.

Na pewno mocnym punktem, pozytywnie zaczynającym niedzielę, było nasze ogniskowe śniadanko. Dlaczego? Dominika nas zmobilizowała do wzięcia się za zadanie od Mai – zaczęłyśmy więc (korzystając z obecności u św. Józefiny Bakhity Ani, Ani i Domi) rozkminiać temat „Kogo i dokąd prowadzi przewodniczka i dokąd ją to zaprowadzi”. A że przy okazji złapał nas (nieodłączny, jak już zresztą wspomniałam) odpał, to podochodziłyśmy do bardzo twórczych wniosków. Patrz: przewodniczki są jak białe kropki na czerwonej ceratce, prowadzą samochód, a czasem też dzieci do szkoły ;)

Po Mszy Świętej, wykorzystując drugą, tym razem oficjalną, kawiarenkę, męczyłyśmy tymi pytaniami wszystkie inne „napadnięte” przewodniczki. Co było w tym takiego super? To, że chociaż pytania były takie same, to każda rozmowa była inna, a przy okazji dość poważnego – z założenia – poszukiwania odpowiedzi, mogłyśmy się pobawić. Rozmowa z niektórymi #poważnymiprzewodniczkami przybierała nieoczekiwany obrót. Szkoda, że nie miałyśmy trochę więcej czasu – po niecałej godzinie naszego wcielania się w reporterki ludzie zaczęli się rozchodzić na spotkania w namiestnictwach. My, sierotki, jako że swojego namiestnictwa jeszcze nie mamy (no dobra, prawie wiadomo, kto jest żółty, a kto zielony, ale to jeszcze nieoficjalne :P ), zebrałyśmy się tam, gdzie wszystkie inne młode przewodniczki. I… spędziłyśmy godzinę na zabawowym podsumowaniu pielgrzymki (pokazywanie ciastek, które pojawiało się w kalamburach jako skojarzenie z OPP z częstotliwością 2-3 razy na turę zaczynało się robić męczące). Na koniec nie mogło zabraknąć belgijki! (Jak to nie da się równocześnie tańczyć i robić zdjęć?!).

Dobrze, nie całkiem na koniec – uroczyste zakończenie było przecież na apelu. Oj, dużo się działo. Co – chyba – najważniejsze, to to, że mamy nową namiestniczkę! Namiestniczkę, którą jeszcze tego samego dnia rano pytałyśmy, kto nią właściwie będzie ;) .

I przyszedł czas powrotu. A wyjeżdżałyśmy pozytywnie nakręcone na czerwono. Pielgrzymka była super. Wielka szkoda, że nie mogłyśmy pojechać w komplecie, ale to się jeszcze nadrobi. W końcu OMP dopiero zaczyna w tym roku swoją przygodę!

Marta Szubert

Comments are closed.