Św. Rita

Mamy czwartą patronkę!
Święta Rita pomoże nam NIE USTAĆ W DRODZE – już za niecałe 2 miesiące!

Dziękujemy wszystkim, którzy wzięli udział w naszym plebiscycie i polecamy ich wstawiennictwu św. Rity.

Wędrówka Ogniska Bł. Karoliny Kózkówny

Naszą letnią wędrówkę rozpoczęłyśmy 9 lipca 2014 r. w Celejowie. Przed wędrowaniem wstąpiłyśmy do pobliskiego kościoła na chwilę modlitwy.

„Kraina lessowych wąwozów” – głosił napis na tablicy z mapą turystyczną. Po burzliwych naradach dotyczących trasy, wybrałyśmy czerwony szlak.

Było nas pięć. Uśmiechnięte, z plecakami na plecach, traperami na stopach i ze sztandarem na ramieniu weszłyśmy do lasu. Nagle znalazłyśmy się wśród niezbyt wysokich, jednak rosnących z każdym krokiem, ze wszech stron obrośniętych bujną roślinnością, wąwozów. Byłyśmy zachwycone tym widokiem, jednak komary nie dawały nam chwili wytchnienia – nawet przystanek na zrobienie zdjęcia był abstrakcją. Przeszłyśmy lasem kawałek drogi, spotykając wspaniałe zwierzęta i wsłuchując się w ptasie śpiewy. Gdy wyszłyśmy z lasu, zrobiłyśmy postój, podczas którego jedna z przewodniczek poprowadziła dla nas zajęcia (realizując w ten sposób jeden ze śladów). Dzięki rozmowom, ćwiczeniom oraz odegranym scenkom na temat osobowości dowiedziałyśmy się o wielu interesujących rzeczach, m.in. o tym, jak postrzegają nas inni. Potem zapięłyśmy mundury i ruszyłyśmy dalej. Wędrowałyśmy teraz asfaltem, głośno śpiewając, modląc się, pijąc wodę co 100 metrów (bo skwar tego dnia był wyjątkowy), jedząc porzeczki z napotkanych upraw i fotografując… krowy ;)

Gdy nad nami zaczęły się pojawiać siwe, burzowe chmury, zwiększyłyśmy tempo, bo czekało na nas jeszcze gotowanie obiadu na ogniu. Mijałyśmy po drodze wiele potencjalnych miejsc na rozpalenie ogniska, jednak nie zatrzymywałyśmy się.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce, do miejscowości Kębło, zaszłyśmy do szkoły, przy której obozowały wilczki z naszej zaprzyjaźnionej gromady. Dzieci nie było, bo pojechały na wycieczkę, więc – korzystając z możliwości – rozpaliłyśmy ognisko w miejscu do tego przeznaczonym i, nim się obejrzałyśmy, w menażkach parowało już spaghetti. Podczas obiadu towarzyszył nam Ksiądz, który akurat nadjechał. Po zaspokojeniu pierwszego głodu przeszłyśmy do deseru. Był to najbardziej ambitny deser, jaki jadłam przez wszystkie obozy i wędrówki razem wzięte, a mianowicie gofry z bitą śmietaną, całkiem zimną (w ten upał! Tak, liczy się pomysł! ;) ) galaretką i owocami. Po jedzeniu nie miałyśmy siły, aby się ruszyć, jednak w tym momencie nadjechały samochody przepełnione wilczkami.

Na naszych twarzach pojawiły się uśmiechy, dziewczynki od razy zaprosiły nas do wspólnej zabawy. Skakałyśmy i śpiewałyśmy z dziećmi kawał czasu, po czym uspokoiłyśmy się, by za chwilę spotkać się z Panem Bogiem we Mszy Świętej. Odprawiał ją Ksiądz Duszpasterz gromady, a dziewczynki pięknie przeczytały czytanie i zaśpiewały psalm. Byłyśmy bardzo szczęśliwe, że podczas naszej wędrówki nie zabrakło czasu na podziękowanie Panu Bogu i rozmowę z Nim.

Po Mszy dzieci rozeszły się do swoich zajęć, a do nas zawitała Harcerka Rzeczypospolitej, Joanna Pawlak. Zapoznałyśmy się i zaczęłyśmy opowiadać Asi o naszym ognisku i wędrówkach, które miałyśmy za sobą. HR-ka przekazała nam wiele ciekawych informacji na temat pracy ogniska, swoje własne spostrzeżenia dotyczące pracy i formowania osobowości oraz opowiedziała nam, jak godzi życie dojrzałej kobiety ze służbą w Zawiszy.

Jedna z młodych przewodniczek zrealizowała też ślad duchowość, prowadząc refleksje na temat naszej wiary. Byłyśmy bardzo zadowolone ze spotkania z Asią. Dała nam wiele cennych rad, a my zaraziłyśmy ją typowym dla naszego ogniska szaleństwem. Niestety, musiała odjechać i nie została na ognisku, które prowadziłyśmy wraz z wilczkami. Każda szóstka odegrała wspaniałą scenkę, przedstawiającą wybrane prawo wilczka, a my – przewodniczki pobudziłyśmy dziecięcą wyobraźnię za pomocą scenki przedstawionej „chórem mówionym”. Posiedziałyśmy jeszcze przy iskrzącym się ciepło ognisku, pośpiewałyśmy przy akompaniamencie gitary księdza i pośmiałyśmy się. Gdy dogasł już blask ognia, poszliśmy wszyscy na bardzo późną kolację.

Dzieciaki jadły tradycyjne kanapki z pasztetem, a my piłyśmy herbatę, aby orzeźwić się przed powrotem. Pożegnałyśmy się z wilczkami, Księdzem i Akelą, po czym ruszyłyśmy w drogę powrotną. Miałyśmy przed sobą 100 kilometrów. Przez pierwsze 20 minut śpiewałyśmy stare, dobre harcerskie piosenki i cieszyłyśmy się swoja obecnością. Następne kilometry przejechałyśmy w ciszy, a w zasadzie w ciszy spędziła je szefowa Kasia, która kierowała samochodem – my natomiast zasnęłyśmy z głowami pełnymi wrażeń. Tak dobiegła końca nasza wspaniała, piękna wędrówka, na której ­– jak zawsze u nas – obecny był ON- Jezus. To się czuło!

Katarzyna Jaszcz

Ogólnopolska Wędrówka Ognisk Młodych Przewodniczek.

Od 30 maja do 1 czerwca 2014 miało miejsce wyjątkowe wydarzenie dla czerwonej gałęzi – a w szczególności dla jej najmłodszej części – Ogólnopolska Wędrówka Ognisk Młodych Przewodniczek.

W piątkowy wieczór dotarłyśmy na miejsce noclegu, do schroniska młodzieżowego w Łazach. Aby móc się wspólnie spotkać, wszystkie musiałyśmy odbyć długą podróż,  dlatego szybko położyłyśmy się spać, aby nabrać sił na następny dzień; czekało nas bowiem wiele wrażeń.

O godzinie 7.30 rozpoczęłyśmy dzień poranną modlitwą. Zjadłyśmy śniadanie i ruszyłyśmy na przejażdżkę rowerową po Dolinkach Krakowskich. Drogę umilała nam piękna pogoda, dzięki której mogłyśmy rozkoszować się urokiem tamtejszych krajobrazów. Naszym celem była Jaskinia Wierzchowska.  Na trasie zatrzymałyśmy się jeszcze, aby podczas Godziny Światła rozważyć w ogniskach fragment Ewangelii. Kiedy dotarłyśmy na miejsce, czekała już  na nas pani przewodnik, która wprowadziła nas do wnętrza jaskini, gdzie mogłyśmy podziwiać piękno przyrody w nieco inny sposób niż zazwyczaj.

Kiedy wróciłyśmy do Łazów, ugotowałyśmy obiad na ognisku, a po posiłku dotarli do nas goście – skautowe małżeństwo: Gosia i Przemek Chojnaccy razem ze swoim półrocznym synkiem, Maksymilianem. Poprowadzili oni bardzo ciekawą konferencję na temat kobiecości i męskości. Wieczorem radośnie spędziłyśmy czas podczas ogniska, gdzie mogłyśmy wykazać się swoimi aktorskimi umiejętnościami, po czym zakończyłyśmy dzień wspólną modlitwą.

W niedzielę czekała na nas druga część konferencji przygotowanej przez naszych gości,  dotycząca relacji damsko-męskich. Ubogacone jej treścią, wyruszyłyśmy do Jerzmanowic, gdzie miało miejsce niezwykle ważne wydarzenie – przyrzeczenie jednej z nas, Moniki. Spotkanie zakończyłyśmy wspólną Mszą świętą w kościele pw. Św. Bartłomieja apostoła.

Myślę, że spotkanie to było bardzo owocne dla wszystkich jego uczestniczek. Stało się świetną okazją do poznania  naszych rówieśniczek z różnych zakątków Polski, a także do miłego i konstruktywnego spędzenia czasu w gronie ogniska.

 

Wędrówka wiosenna Ogniska Młodych Przewodniczek Bł. Karoliny Kózkówny Siennica Nadolna, 4–5 maja 2014 r.

Długo nie mogłyśmy się zgrać, jednak g­dy w końcu wybrałyśmy termin idealny – wyruszyłyśmy! Nasz zespół liczył 5 druhen, a były nimi następujące osoby: Katarzyna Arabas – szefowa naszego ogniska, Dorota, Dominika, Kasia i Angelika – „świeżak” w ognisku ;)

Wędrówkę rozpoczęłyśmy od Mszy Świętej w kościele pw. św. Kazimierza. Wspólnie modliłyśmy się o to, by ta wędrówka była inna od wszystkich, lepsza, by Pan podróżował wraz z nami i pomógł nam odkryć swe dzieła. Po wyjściu z kościoła wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy na miejsce, z którego miałyśmy zacząć marsz.

W Zagrodzie – miejscu pełnym stawów, sadzawek i rzeczek – znalazłyśmy ścieżkę prowadzącą przez las. Szłyśmy, głośno śpiewając, aż trafiłyśmy na niesamowite miejsce – Aleję Kasztanową. Następnie pojawiły się Aleja Dębowa i Brzozowa… Było to tak bajkowe, że nie wierzyłyśmy, iż widzimy to naprawdę. Zauroczone widokiem poszłyśmy dalej, po soczyście zielonej ścieżce. Mijałyśmy dzikie lasy, piękne stawy, a ponad naszymi głowami nieustannie przelatywały piękne ptaki, których nazw nawet nie znałyśmy. Było ich tyle, ile nie zdołałyśmy zobaczyć przez wszystkie dotychczasowe wędrówki razem wzięte! Widziałyśmy też dziesiątki bocianów, które stały się znakiem rozpoznawczym naszej wędrówki. A gdy przechodziłyśmy obok jeziora, łabędzie poleciały do nieba prosto z tafli wody, co było widokiem doskonałym.

Po chwili dalszego marszu usiadłyśmy na polanie pod lasem, by skupić się na rozważaniu Pisma Świętego. „Godzina Światła” – zatrzymanie się nad słowami Boga – wzbudziła w nas wiele refleksji, którymi wymieniłyśmy się po skończonym rozważaniu. Następnie, ponieważ zdążyłyśmy zgłodnieć, weszłyśmy w głąb lasu i po chwili miejsce na ognisko oraz opał były gotowe. Rozpaliłyśmy ogień i przygotowałyśmy składniki obiadu. Jadłyśmy warzywne leczo, które popijałyśmy świeżo zaparzoną pokrzywą. Nasz stół był pięknie przystrojony kwiatami, świeczkami oraz kolorowymi serwetkami. Jedzenie smakowało tym bardziej, że jadłyśmy pośród przyrody

Do Siennicy Nadolnej doszłyśmy po kilku godzinach. Nasze trapery przedreptały około 20 kilometrów! Byłyśmy zmęczone, ale bardzo szczęśliwe. Gdy zaszłyśmy na miejsce noclegu, do Stajni Adrenalina, zostałyśmy ciepło przyjęte przez właścicieli – Roberta i Renatę. Miejsce było przepiękne, wokoło pagórki, na podwórzu ogrom zwierząt. Bawiłyśmy się z kotami, psami, patrzyłyśmy na ptactwo, kozę, koźlątko i kilkanaście koni.

Po złożeniu plecaków zajęłyśmy się produkcją niesamowitych herbat – zajęcia prowadziła szefowa Kasia. Następnie pomogłyśmy właścicielom przyprowadzić konie z padoku do stajni – trochę się bałyśmy, ale konie nie protestowały. Były piękne, zadbane i miały duże, bystre oczy.

Kolację przygotowałyśmy już na kuchni w domu. Najedzone i rozgrzane herbatą poszłyśmy układać ognisko. Okazało się, że do gospodarzy przyjechali goście – chętnie z nami rozmawiali i chcieli uczestniczyć w ognisku razem z nami. Śpiewali głośno, kiwali się na boki w rytm piosenek, a zabawami – do których ich zaprosiliśmy – byli zachwyceni!

Potem przyszła pora na sen. Gdzie? W stodole, na sianie! ;) Spełniłyśmy swoje marzenie z dzieciństwa. Oprócz nas w stodole spały również dwa konie i źrebak, a w nocy doszły dwa psy i kot. Było wesoło, szczególnie nad ranem, gdy konie zaczęły parskać jak szalone – pobudka o 6:30. Wstałyśmy uśmiechnięte i z sianem we włosach, i jak prawdziwe farmerki poszłyśmy wyprowadzić konie i dać im jeść.

Na śniadanie zjadłyśmy pożywne i bardzo kolorowe kanapki z warzywami, po których dostałyśmy takiego kopa energetycznego, że od razu poszłyśmy pracować. Naszym zadaniem było pomalowanie na biało płotu padoku. Uwinęłyśmy się szybko, a ile było przy tym zabawy! Wróciłyśmy na podwórze calutkie pochlapane farbą. Jak muchomorki!

Kolejnym punktem dnia była… nauka jazdy konnej! Nasza szefowa jeździ konno od dziecka, więc była naszym instruktorem. Najpierw trzeba było wyczyścić konia, jeszcze w stajni, następnie nałożyć mu ogłowie, siodło i wyprowadzić na lonżownik. Dalej było już z górki, tylko trzeba było jakoś wejść na konia… Trzy z nas odważyły się spróbować i szło nam całkiem dobrze. Najważniejsze, że konie się nie płoszyły. Zaczynałyśmy nawet kłusować. Była to świetna lekcja, tym bardziej, że wszystko tłumaczyła nam jedna z nas ;)

Po jeździe odprowadziłyśmy konia i zabrałyśmy się za obiad. Wiatr pomagał panować nad ogniem i wszystko się udało. Najedzone, przebrane i umyte, po pożegnaniu z gospodarzami ruszyłyśmy w drogę. Zmierzałyśmy do Krupego, by zobaczyć sławne ruiny zamku z XVI w. W czasie wędrowania odmawiałyśmy różaniec i skupiałyśmy się na rozważaniach, które przygotowała Angelika. Było nastrojowo i refleksyjnie. Po drodze mijałyśmy piękne „domki starszych babć” i obiecałyśmy sobie, że kiedyś zamieszkamy ze swoimi rodzinami w jednym z takich miejsc.

Gdy już doszłyśmy do Krupego, naszym oczom ukazał się piękny zamek. No, może troszkę zniszczony… Weszłyśmy na górę, odśpiewałyśmy kilka piosenek, pomodliłyśmy się i w końcu nadszedł czas na obrzęd. Angelika otrzymała różaną chustę – od tej pory należy już do naszego ogniska!

– Hip hip, hurraa! – te słowa, niesione przez echo, słychać było chyba nawet w Chełmie.

Po krótkiej, lecz bardzo efektownej (co widać na załączonych fotografiach) sesji zdjęciowej, wykonanej przez Dorotę, wsiadłyśmy w samochód i wróciłyśmy do domu.

W drodze nie zabrakło rozmów o tym, co się komu najbardziej podobało i czego która z nas nigdy nie zapomni. Na pewno wszystkie będziemy pamiętać o bocianach i nocy spędzonej na sianie, ale też o tym, że wczorajsza liczyła aż 20 kilometrów, a praktycznie wcale tego nie odczułyśmy. To wszystko dzięki Niemu… Bóg szedł razem z nami i pokazywał nam swoją obecność w Alei Kasztanowej, w lesie i nawet wtedy, gdy malowałyśmy płot ;) Jesteśmy Mu za to bardzo wdzięczne i uważamy, że była to – dzięki Niemu – najlepsza wędrówka pod słońcem!

 

Katarzyna Jaszcz – młoda przewodniczka

 

WĘDRÓWKA 26–27 KWIETNIA, TARNAWATKA

Po co się martwić, że nie można pojechać na kanonizację JPII, skoro można pojechać na wędrówkę młodych przewodniczek! Młode Ognisko bł. Karoliny Kózkówny z Lublina wyruszyło w piękne, dziewicze tereny Roztocza, gdzie ludzka noga jeszcze nie postała, czyli do Krasnobrodu i okolic :)

Pakujemy się do busa z naszymi wielkimi plecakami, siadamy mniej lub bardziej wygodnie i… już. Dwie godziny z przesiadką i jesteśmy w Krasnobrodzie.

Martwiłyśmy się, że deszcz zniszczy nam plany, bo w naszym kochanym Lublinie strasznie siąpiło, ale gdy tylko przybyłyśmy na miejsce, niebo się rozpogodziło i ani kropelka nie spadła na nasze głowy. Na miejscu przyłączyli się do nas nasza przewodniczka Kasia i zaprzyjaźniony ksiądz Radek. To oni odkryli przed nami tajemnice Krasnobrodu i Tarnawatki.

Kto nie był nigdy w Krasnobrodzie i nie kąpał się w osławionym zalewie, niech żałuje! My byłyśmy! Tym razem tylko dygnęłyśmy uprzejmie rybakom na brzegu i skierowałyśmy się trochę dalej, do parku linowego. Może niektórzy teraz pokręcą głowami, myśląc: „Eee, to dla dzieci”. A wcale, że nie!

Ten park linowy był na wysokości trzeciego piętra, a przeszkody były tak trudne, że nawet najsprawniejszym z nas przejście trasy zajęło pół godziny (brawa dla Julki, która przeszła park w najkrótszym czasie i zajęła się robieniem nam zdjęć!). Niech nazwa jednej z przeszkód – „mordercze kluski” ­– da wam do myślenia…

Niektórzy zawiśli na uprzęży (ja), inni pomimo lęku wysokości dzielnie parli naprzód (Agnieszka!), a pozostali czuli się jak ryba w wodzie (szczególnie ksiądz Radek i nasza sprawna szefowa Ewelina!). Podziękowałyśmy instruktorowi – Mateuszowi, który wspierał nas pomocną dłonią i zagrzewał do walki z siłą żywiołów. Potem oczywiście był czas na posiłek! …i ruszyłyśmy w drogę.

Grzechem byłoby być w Krasnobrodzie i nie wstąpić do lokalnego kościoła i kapliczki nad wodą, która jest położona w pięknej okolicy, wśród zieleni i ciszy, zakłócanej tylko przez melodyjny szmer wody. Nic dziwnego, że wybrałyśmy ją na miejsce godziny światła, przygotowanej przez księdza Radka. Następnie wyruszyłyśmy w (dłuższą niż przypuszczałyśmy) drogę do Tarnawatki.

Krajobrazy były co prawda piękne, jednak zmęczenie w nogach dało się odczuć już po pierwszych trzech godzinach. Kiedy więc doszłyśmy wreszcie do tego miasteczka, byłyśmy zupełnie wykończone. Brawa należą się księdzu, który nas szczęśliwie doprowadził, choć po drodze zdarzyło mu się parę razy zmylić trasę… Mimo wszystko wybaczamy mu, bo jest świetnym kompanem i z nim żadna wędrówka nam nie straszna! Zapamiętajcie jego słowa, które są jak miód na zbolałe serce: „No peeeeewniee!”.

Po pożywnej kolacji i spędzeniu kilku chwil na plebanii w towarzystwie księdza Radka i proboszcza tarnawackiej parafii, nadszedł czas na ognisko. Należało przedstawić sposoby komunikacji z księdzem i z zaprzyjaźnionym harcerzem. Nasza grupka zdecydowała się na musical, który kończył się słowami piosenki: „Gdybym mogła być mężczyzną jeden dzień, pewnie byłabym super księdzem – tyle o harcerkach wie. Jestem jedną z nich!”.  Na co druga grupka odpowiedziała świetną pantomimą w formie baletu o tym, że każdego harcerza i harcerkę najlepiej przekupić… jedzeniem. Wtedy wszyscy się bardzo lubią i są szczęśliwi! Po odśpiewaniu „Ogniska już dogasa blask” i błogosławieństwie padłyśmy na łóżka, aby odpowiednio odpocząć po tak intensywnym dniu.

Ostatni dzień minął bardzo szybko. Najpierw śniadanko i msza święta w Kościele pw. świętych Piotra i Pawła w Tarnawatce (są tam piękne nowoczesne witraże, przedstawiające tych świętych).  Następnie miałyśmy trochę czasu na duchowy pokarm, czyli wysłuchanie konferencji księdza o tym, jak powinno się modlić (komunikować z Bogiem!). To było spojrzenie na sprawę z zupełnie nowej perspektywy, wywiązała się ciekawa dyskusja o związkach między ludźmi, a ksiądz polecił nam wiele fantastycznych książek z przesłaniem i trzymającą w napięciu akcją. Nie byłby sobą, gdyby nie wtrącił do rozmowy swojego „No peeewnie”, a my zareagowałyśmy jak zawsze śmiechem i same zaraziłyśmy się tym nowym powiedzonkiem. Po tej wędrówce nasza szefowa nie martwi się naszą reakcją na wieś o stałej służbie :)

Niestety nie mogłyśmy pojeździć na koniach, które księża trzymają przy plebanii, bo pogoda bardzo nam nie sprzyjała. Następnym razem! Musiałyśmy już wracać do szarej rzeczywistości, ale będziemy mieć pretekst, żeby przyjechać tu jeszcze raz :) „Lubię wracać tam, gdzie byłem już”, jak śpiewał pan Wodecki. My także udowodniłyśmy samym sobie, że nie potrzeba ciągle odkrywać nieznanego i gonić za przygodą, aby ją przeżyć. Czasem wystarczy dobre towarzystwo i trochę zapału, aby uczynić ten krótki czas, jaki ze sobą spędzamy, jak najlepszym i najpełniejszym.

Pozdrowienia z Tarnawatki! ;)

Katarzyna Wnuk

Młode Ognisko im. bł. Karoliny Kózkówny z księdzem Radkiem

Znów wędrujemy ciepłym krajem…

Aleksandra Karkoszka

Przepis na najlepszą wędrówkę:
1) jak najwięcej siostrzanych dusz;
2) ręce gotowe do pomocy;
3) mnóstwo radości ;
4) serce oddane Bogu i służbie;
5) moc wyobraźni.
Tylko tyle potrzeba, by każda wędrówka była tą najwspanialszą, najlepiej przeżytą. Chcecie dowiedzieć się, jak nasze ognisko młodych przewodniczek spędziło zimowy weekend? Zapraszam do przeczytania relacji.

Godzina 17.29. Dookoła nas pełno ludzi, jedzenia i – co najważniejsze – przepięknych obrazów. Postanowiłyśmy rozpocząć naszą wędrówkę finisażem prac jednej z nas – Agnieszki oraz jej siostry. Tematem wystawy były słowa: „co ja mam na głowie?”, więc pytanie to kołatało się po naszych umysłach, zamroczonych ciężkim tygodniem nauki. Każda pojedyncza praca była doskonała. Może nie znam się za dobrze na sztuce i krytykiem raczej nie zostanę, ale jedno wiem: za kilka, kilkanaście lat każdy będzie znał naszą kochaną Agnes!


Napawałyśmy się pięknem dzieł i opychałyśmy przesmacznymi ciastkami, dopóki nie udało nam się dopaść młodej artystkę. Złożyłyśmy jej gratulacje, a potem – ponieważ wędrówka jako taka miała zacząć się następnego dnia – wróciłyśmy do swoich domów, by dopiąć wszystko na ostatni guzik.
Rano spotkałyśmy się na busowisku. Na naszych zarumienionych od chłodu twarzach było widać uśmiechy, a w oczach – iskierki radości. Każda z nas była gotowa dosłownie na wszystko! Nasza szefowa podjęła się trudnej misji znalezienia „busa-widmo”, którego nigdzie nie było na rozkładzie. Na szczęście Bóg nad nami czuwał i trafiłyśmy do rozwalającego się pojazdu. Po nie tak długim czasie trafiłyśmy do miejsca docelowego naszej wędrówki – Zawieprzyc.
„Kraina srebrnych brzóz, żeremia bobrów…” to słowa, które najlepiej oddają piękno natury, jaka wzięła nas w swoje objęcia. Wędrowałyśmy mokradłami, podmokłymi łąkami, ledwo widocznymi ścieżkami. Uroku temu krajobrazowi dodawały ruiny zamku. Jako że aparat wybrał się razem z nami, zaszalałyśmy i zrobiłyśmy ponad 600 zdjęć. Niektóre z nas przełamały strach i wspięły się na pozostałości budowli. Śmiech było słychać wszędzie… Współpraca i pomoc – to było coś pięknego – czy to przy wejściu na mur, czy też przy mojej panice, gdy stwierdziłam, że nie zejdę. Wystarczył drobny gest, by zmienić całą sytuację. Silny, siostrzany uścisk dłoni i zaufanie spowodowały, że nasza szefowa fruwała jak na skrzydłach na tle niebieskiego, lutowego nieba. 
Potem nadszedł czas na wyciszenie i wsłuchanie się w Słowo Chrystusa. Każda z nas z Pismem Świętym wybrała się w ustronne miejsce, by zastanowić się nad własnym życiem. Cisza, spokój oraz nadzwyczajne krajobrazy wzmocniły w nas poczucie, że Bóg nas tak bardzo kocha, że stara się nam to powiedzieć nie tylko przez swoje Słowo, ale też przez naturę.

Po owocnej Godzinie Światła było już tylko słychać burczenie w naszych brzuchach. Jednogłośnie stwierdziłyśmy, że nadszedł czas na robienie pizzy i ciasta czekoladowego. Mmm… Nie sposób opisać tego, co działo się w kuchni szkoły-schroniska, gdzie nocowałyśmy. Każda była zaangażowana nie tylko sercem, ale też buzią. Wskazówka pierwsza: pizza nie będzie pizzą, póki każda nie spróbuje każdego składnika. Wskazówka druga: gitara zawsze i wszędzie! Skoro już wzięłam instrument, to przygrywałam przeróżne piosenki, a śpiewania nie było końca. Ciasto do słodkości rosło i rosło, aż przerosło nasze oczekiwania. Zapach z piekarnika pobudzał nasze kubki smakowe… Aż wreszcie nadszedł cudowny czas konsumpcji. Najedzone i jeszcze bardziej radosne zabrałyśmy się za robienie karteczek na DMB, a następnie Ada i Kasia przeprowadziły grę o naszej patronce – błogosławionej Karolinie Kózkównie.
Nim się zorientowałyśmy, nadszedł wieczór i czas na kolację. Nasza pomysłowa szefowa stwierdziła, że zrobimy zapiekanki. Znów radośnie opanowałyśmy kuchnię. Po obfitym posiłku przygotowałyśmy świeczysko. Niesamowita atmosfera bliskości i przyjaźni wypełniała cały budynek. Zmęczone zapadłyśmy w twardy sen, za sprawą kołysanek Eweliny.

Niestety, nic nie może wiecznie trwać i z samego rana nasz sen został przerwany. Szybko zjadłyśmy śniadanie, posprzątałyśmy, zostawiłyśmy kawałek ciasta, karteczkę oraz klucze dla gospodyni i rozpoczęłyśmy bieg na busa. Liczyła się każda sekunda! Miałyśmy niesamowite szczęście, że zdążyłyśmy na Mszę Świętą w Lublinie.
Tam o godz. 10 czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka: spotkanie z HRkami. Jak zahipnotyzowane słuchałyśmy opowieści o początkach „Zawiszy”, oglądałyśmy zdjęcia i miałyśmy nawet sposobność ujrzeć na własne oczy stare mundury. Potem rozmowa zeszła na temat służby. Dla nas to dla temat bardzo istotny, ponieważ same niedługo ją podejmiemy.

Nikt nie zauważył, jak szybko minęły niemal cztery godziny. Nadszedł czas pożegnania. Jeszcze modlitwa, kilka haseł wywołujących salwy śmiechu i powrót do domu z głową pełną myśli: „co mi dała ta wędrówka?”, „czym jest dla mnie służba?”.
Wiem, że każda z nas wyniosła coś ze wspólnie spędzonego czasu. Wiem też, że w przyszłości – już jako stare wyjadaczki – będziemy o tej wędrówce opowiadać młodszym pokoleniom. 

W poszukiwaniu śniegu i naleśników…

Dziesiątego dnia tego roku, w piękny styczniowy wieczór, my – Ognisko Młodych Przewodniczek Hufca Gryfowskiego – zgromadziłyśmy się w pełnym składzie w harcówce w Świeradowie-Zdroju.

Na początku, jedząc kolację, dzieliłyśmy się swoimi najnowszymi przeżyciami i wrażeniami, a później nasze spotkanie ubogacił swoją obecnością nasz Ksiądz Duszpasterz. Wygłosił nam ciekawą i bardzo ważną konferencję na temat sakramentu pokuty oraz stałego spowiednika. Z cierpliwością wysłuchiwał wszystkich naszych pytań i udzielał wyczerpujących odpowiedzi na każde z nich. Pożegnawszy księdza, położyłyśmy się spać, aby następnego dnia w pełni sił wstać skoro świt.

Rankiem, gdy tylko przetarłyśmy oczy, odśpiewałyśmy jutrznię, dziękując Bogu, że pozwolił nam się obudzić tego dnia. Następnie udałyśmy się na Mszę Świętą. Nakarmione Bożym Ciałem nabrałyśmy sił duchowych, ale żeby nabrać również przydatnych sił fizycznych – poszłyśmy zjeść śniadanie. Później spakowałyśmy plecaki i o dziewiątej wyruszyłyśmy w drogę. Naszym celem stało się górskie schronisko, Chatka Górzystów, a dokładniej – podawane tam wyborne, cieszące się znakomitą sławą, naleśniki z jagodami. Na szlaku towarzyszyła nam druhna Ewelina Szandała HR.

Dzięki wspaniałej atmosferze i naszej doskonałej kondycji udało nam się pokonać trasę w zaskakująco szybkim tempie. Około godziny jedenastej rozkoszowałyśmy się już smakiem naleśników. Po jedzeniu druhna Ewelina mówiła nam o ważnej umiejętności dobrego planowania czasu oraz dała nam wiele mądrych, życiowych wskazówek, które z pewnością przydadzą się nam już niebawem. Na górze zrobiłyśmy kilka pamiątkowych zdjęć i udałyśmy się w drogę powrotną. Idąc, odmówiłyśmy różaniec, a na jednym z przystanków zrobiłyśmy Godzinę Światła.

Po południu musiałyśmy się rozstać i nasze spotkanie dobiegło końca, a każda z nas wróciła do domu ubogacona doświadczeniami i pełna nowych sił, potrzebnych do codziennych zmagań.

 

[Nawet śniegu się trochę znalazło… – przyp. red. :D ]

Alicja Półtorak

Boże Narodzenie 2013

Kilka tygodni temu usłyszałam słowa, które wypowiedział kiedyś Karol Wojtyła do swojej przyjaciółki: „Ty jesteś moją ręką wyciągniętą do tych, co do mnie nie przyjdą”. Pomyślałam wtedy, że to właśnie jest misją każdej harcerki i każdego harcerza.

To jest nasza misja, którą mamy wypełniać na wzór Jezusa Chrystusa, który przychodzi do tych, którzy sami nie umieją wrócić do Ojca.

Niech narodzenie Syna Bożego napełni każdy Twój dzień radością i pokojem. Niech Chrystus rodzi się na nowo w każdą noc grzechu, smutku czy zwątpienia Twojego życia.

Olga Tołwińska HR
Namiestniczka Przewodniczek

Wędrówka Radomskiego Ogniska Młodych Przewodniczek

15–16 listopada 2013 r.   z Marcinkowa do Skarżyska         

– Bilet do Marcinkowa poproszę – tymi słowami zaczęła się nasza wędrówka w piątkowy wieczór na dworcu PKP w Radomiu.

Dotarłyśmy tam we cztery: Paula, Kasia, Milena i ja. Niestety nie byłyśmy w komplecie. Muszę jednak nadmienić, że Ania poświęciła się i przyniosła nam całą siatkę potrzebnych rzeczy, choć była chora i nie mogła z nami jechać.

Pomimo najszczerszych chęci bycia jak najwcześniej, dotarłyśmy na peron w ostatniej chwili. Nasz pociąg już szykował się do odjazdu. Wsiadłyśmy do nowego piętrowego wagonu i odsapnęłyśmy. Podróż trwała 40 min. i upłynęła nam na rozmowach. O filmach, o książkach, o Eurojamie, o balu ostatkowym…

Wysiadłyśmy na dworcu w Skarżysku Kamiennej. Tam czekała już na nas Agnieszka. Było zimno, ale to nie stanowiło dla nas problemu. Pociąg, który miał nas zawieść do Marcinkowa przyjechał 10 minut później. Wsiadłyśmy, wzbudzając przy tym zamieszanie i pewne utrudnienia w ruchu (z powodu plecaków), ale nie za długo uprzykrzałyśmy życie naszym współpasażerom, bo po kolejnych 10 minutach wysiadłyśmy już na stacji docelowej.

Zegarek wskazywał 20.20 i było już ciemno. Przeszłyśmy kawałek asfaltową drogą i dotarłyśmy pod kościółek. Miłe panie, które zajmowały się położonym obok domem pielgrzyma, otworzyły nam drzwi. Zaraz po oględzinach pokoju, w którym miałyśmy spać, zabrałyśmy się do robienia kolacji. W jadłospisie przewidziana była pasta z makreli (w sosie pomidorowym), jajek, papryki i cebuli. Po małej przygodzie (jajka, które miały być na twardo okazały się surowe) zasiadłyśmy do stołu. Można pomyśleć, że takie połączenie składników nie wróży niczego dobrego… Nic bardziej mylnego! Kanapki z naszą pastą były bardzo dobre. Nieco kłopotliwe (co jakiś czas na stole lądowała część pasty), ale smaczne.

Każdy zna standardowe działania po posiłku, więc nie będę ich opisywać. Myślę jednak, że warto wspomnieć, iż podczas mycia naczyń znalazłyśmy wspaniałą chochlę, która z powodzeniem mogłaby zastąpić miskę, mały garnek, a nawet hełm.

Przed snem miałyśmy radę. Było bardzo dużo spraw do omówienia. Przede wszystkim bal ostatkowy, który my – ognisko młodych przewodniczek – miałyśmy współorganizować. Obrady na początku szły nam ciężko. Miałyśmy kilka pomysłów na tematykę balu, ale trudno było wybrać najlepszy – taki, który spodobałby się wszystkim. Wyciągnęłyśmy więc ciasteczka i czekoladki (wiadomo – im więcej cukru, tym mózg lepiej pracuje). A kiedy wybrałyśmy już najlepszy motyw, poszło nam znacznie lepiej. Miałyśmy tyle pomysłów, że nie nadążałyśmy z zapisywaniem. Cóż, zobaczymy, jak będzie z ich realizacją. Ale teoria wygląda pięknie…

Przed snem nasza szefowa – Paula – odtworzyła nam konferencję księdza Szustaka. Niestety tylko jedna osoba wytrwała do końca, reszta była zbyt zmęczona. Jednak słuchanie „Pomarańczarni” może stać się naszą tradycją, ponieważ pierwszy odcinek bardzo nam się spodobał.     

Następnego ranka wstałyśmy pełne energii. Dzień zaczęłyśmy od jutrzni, po której udałyśmy się na śniadanie. Zrobiłyśmy serową pastę do chleba. Po śniadaniu spakowałyśmy się i wyruszyłyśmy w dalszą drogę.

Nieopodal pięknego brzozowego zagajniczka zrobiłyśmy przerwę na Godzinę Światła. Jest to czas, w którym nic nas nie rozprasza i możemy dłużej zastanowić się nad tym, co mówi do nas Bóg. Po czasie refleksji można też podzielić się swoimi myślami z innymi. Takie wspólne rozważanie Ewangelii naprawdę dużo daje. Pozwala spojrzeć na te same Słowa z różnych stron. Dostrzec przesłania i wskazówki, które samemu mogłoby się przeoczyć.

Po Godzinie Światła przez jakiś czas szłyśmy rozmawiając o tym i owym. Kolejny przystanek był przy kościele (mam nadzieję, że mi wybaczycie, ale zapomniałam, w jakiej miejscowości). Obok niego stał ołtarzyk z Matką Bożą, który wybrałyśmy jako miejsce na odmówienie różańca. I wszystko odbyłoby się zwyczajnie, gdyby nie pewien kot. Podszedł do nas w trakcie modlitwy i zaczął łasić się do naszych nóg. Był biały z ciemnymi plamkami na głowie i w okolicach ogona, a ponadto ubrudzony czymś czerwonawym na grzbiecie. Naprawdę przedstawiał się nietypowo. Było jednak coś dziwniejszego: biedaczek nie miał ogona. Po czasie przytulania się do naszych traperów zaczął przyglądać się plecakom. Biedna karimata Kasi spodobała mu się najbardziej. Zaczął ją podgryzać i drapać. Skończyłyśmy różaniec i odgoniłyśmy go od naszych bagaży. Odeszłyśmy stamtąd szybko, bo ten dziwny kot zachowywał się nienaturalnie.  

Po ok. 30 minutach znalazłyśmy idealne miejsce na zrobienie obiadu. Rozciągający się niedaleko drogi las był rzadki i nadawał się w sam raz na rozpalenie niewielkiego ogniska. Podgrzałyśmy na nim jabłka ze słoika i dodałyśmy do ryżu, który był jeszcze ciepły (gotowałyśmy go rano na kuchence w Marcinkowie). Przez cały czas dobiegały nas odgłosy strzałów. Nauczone doświadczeniem nie panikowałyśmy i ani przez chwilę (no może tylko przez minutkę) nie pomyślałyśmy, że to jakiś furiat biega ze strzelbą po lesie. Odgłosy zdawały się docierać z jednego miejsca, więc polowanie też odpadało. Przeświadczone, że ktoś urządził sobie strzelanie do celu zaczęłyśmy jeść nasz obiadek. Opcjonalnie można było go doprawić śmietaną i/lub kawałkiem czekolady. Pyszności… Jedzenie z darami lasu (zdarzyły się ze 2 igiełki), pachnące ogniskiem zawsze ma swój niepowtarzalny i niezwykły smak.

Postój dobiegł końca i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Idąc poboczem wzdłuż lasu minęłyśmy znak: „Zakaz wstępu. Teren strzelnicy. Przebywanie grozi śmiercią lub kalectwem”. No i tajemnica została rozwiązana… Na szczęście, gotując obiad znajdowałyśmy się spory kawałek od tego miejsca.

Czas mijał, a my szłyśmy naprzód. Wreszcie pojawił się wyczekiwany napis „Skarżysko Kamienna wita”. Teraz wystarczyło dojść na drugi koniec miasta, do domu Agnieszki. Po około godzinie byłyśmy na miejscu. Mama Agnieszki przywitała nas bardzo ciepło i poczęstowała przepysznym obiadem.

Po posiłku zajęłyśmy się czymś kreatywnym. Paula wyciągnęła styropianowe kule i cekiny na bombki świąteczne. Najtrudniej było znaleźć pomysł, a potem wystarczyła cierpliwość. Nasze dzieła sztuki (nie, wcale nie przesadzam!) powstawały przez kilka godzin. W czasie procesu twórczego podjadałyśmy ciasteczka i rozmawiałyśmy. Było bardzo zabawnie i wiele się o sobie dowiedziałyśmy. Przede wszystkim, że potrafimy się śmiać w prawie każdej sytuacji.    

Ok. 17 wszystkie bombki były gotowe. Nasza wędrówka miała się ku końcowi. Ja odjechałam najwcześniej, reszta ogniska poszła jeszcze do kościoła. Wróciły pociągiem po świeczysku ok. 22.

Historia wędrówki zatoczyła koło, gdy dziewczyny znowu znalazły się na dworcu PKP w Radomiu. Z plecaków ubyło, ale serca mamy pełne wspomnień, nowych doświadczeń, pomysłów i radości.

Kolejna wędrówka? Oby jak najszybciej!

Łucja Kozubek